Rozmowy z inż Szepczyńskim -sierpień 2009

Moderatorzy: Łukasz-O, Darek Rz

Rozmowy z inż Szepczyńskim -sierpień 2009

Postprzez Darek Rz » 27 gru 2010, 21:33

Witam

Zgodnie z obietnicą zaczynam zamieszczać moje rozmowy z kierownikiem montażu masztu inż Andrzejem Szepczyńskim . Będę zamieszczał je w kilku etapach gdyż wymagają autoryzacji i akceptacji pana inżyniera więc proszę o cierpliwość . Zyczę miłej lektury .


Maszt w Konstantynowie był jedną z najwspanialszych budowli inżynierskich w Polsce i na świecie .
Dlatego zdecydowałem się pomimo trudnego zadania odszukać człowieka który wie najwięcej o maszcie w Konstantynowie - Kierownika montażu masztu inż Andrzeja Szepczyńskiego . Poszukiwania kontaktu trwały kilka miesięcy, zostały na szczęście uwiecznione sukcesem i dzięki temu mogłem się dowiedzieć jak budowano maszt . Nie ukrywam że będzie tutaj mowa o technicznych aspektach budowy masztu gdyż
te najbardziej mnie i kilku moich kolegów interesują będzie też kilka ciekawostek humorystycznych.
Kiedy dostałem wreszcie nr. telefonu do inż wykręcałem go drżącą ręką . zadawałem sobie pytanie, Czy żyje , a jeśli tak to czy będzie chciał ze mną rozmawiać ?
Jednak kiedy na moje pytanie czy pracował pan w Mostostalu odpowiedź była ze tak kamień spadł mi z serca.
Okazało się że pan inż bardzo chętnie opowiada o maszcie. Wykazał się też dużą cierpliwością znosząc moje telefony i maile z prośbą o wyjaśnienie coraz to nowych wątpliwości za co mu bardzo dziękuję .Dziękuję też za unikalne zdjęcia które ukazują jak maszt montowano .Dziękuję też panu Szepczyńskiemu za zaproszenie do odwiedzenia go z czego na pewno skorzystam będąc w okolicach.

[b]Pan inż Szepczyński opowiada:


Jest mi bardzo miło- zważywszy moje ówczesne zaangażowanie w sprawę -,że są jeszcze ludzie pamiętający to przedsięwzięcie- choć od czasu budowy minęło już przecież trzydzieści lat z okładem. Tym bardziej miło- że nie był Pan związany z tą budową.

Było to z pewnością przedsięwzięcie które ze względu na trudność techniczna warte było szerszego
rozpropagowania. Oczywiście nie ze względu na moja skromną osobę - w przedsięwzięciu wzięło przecież udział wiele osób- nie można tu np. nie wspomnieć o głównym projektancie masztu -inż. Janie Polaku z biura konstrukcyjnego Mostostal M-1 w Zabrzu. –ale ze względu na promocję możliwości polskiej myśli technicznej i wykonawstwa- na czym ówczesnej ekipie Gierka bardzo zależało. Na przeszkodzie stanęło jednak militarna rola masztu-po pewnym-objętym tajemnicą- przestrojeniu częstotliwości .Do zmiany służył olbrzymi kondensator zlokalizowany u podnóża masztu do którego to pomieszczenia nikt z cywilów
nie miał wstępu nie mówiąc o danych technicznych urządzenia.Maszt miał 646 m . wysokości. Był to tzw. maszt „półfalowy” dający o wiele lepszy efekt antenowy od masztów np. ćwierćfalowych o wysokości proporcjonalnie mniejszej-co nastręczało nieporównywalnie mniejsze problemy z budową. Pracował pod napięciem 140 tys V. Pewną ciekawostką może być to że mimo że cały maszt był konstrukcją metalową-galwanicznie połączoną- w/w napięcie występowało tylko u podstawy masztu i na jego szczycie. W połowie wysokości napięcie względem ziemi wynosiło 0!W tym miejscu zlokalizowane było doprowadzenie kabla modulacji fali z rozgłośni. Nacisk łączny masztu na podstawę wynosił ok.1100 ton- z czego połowa pochodziła od ciężaru samego masztu a pozostałość to wypadkowa działania odciągów, których było 5 pięter rozlokowanych w trzech kierunkach-co 120 stopni. Liny o średnicy 50 mm były napięte z siła do 70 ton każda. Odizolowanie masztu i lin od ziemi ze względu na występujące siły o których wyżej
wspomniałem -stanowiło duży problem techniczny. Pierwotnie dostawę izolatorów których podstawowym składnikiem był steatyt miała realizować firma z USA.Ich resort obrony dopatrzył się militarnego podtekstu budowy i odmówił zezwolenia na dostawę na parę miesięcy przed jej rozpoczęciem .
Stworzyło to dodatkowe komplikacje. W końcu dostawy podjęła się szwajcarska firma Brown Boveri nie dysponująca niestety technologią porównywalną z amerykańską.Ten fakt stał się praprzyczyną katastrofy masztu w r.1991.Ale nie uprzedzajmy wypadków.

Przekrój masztu miał kształt trójkąta równobocznego o boku 4,8 m. Główne rury pionowe miały jednakową na całej wysokości masztu średnicę zewnętrzną- 245 mm –z tym, ze grubość ścianki malała od 34 mm na dole do 8 mm na szczycie. Rury ze stali stopowej walcowała Huta Batory. Zwiatrowania były z rur o średnicy 103 i 133 mm. Cała konstrukcja masztu składała się z 86 „członów” o długości (a raczej-wysokości)7,5 m każdy łączonych kołnierzami skręcanymi śrubami. W czasie montażu konstrukcja masztu miała wzmocnienia w postaci stężeń montażowych, które były usuwane po zakończeniu montażu. Podobnie było
z linami odciągowymi: w czasie montażu maszt był sukcesywnie w strefie działania żurawia montażowego usztywniany dodatkowymi ich „piętrami” w ilości bodajże piętnaście. Liny były polskiej produkcji Fabryki Lin w Sosnowcu.
Konstrukcja masztu była wstępnie prefabrykowana w Zabrzu-po czym wędrowała do Elbudu w Krakowie do ocynkowania a następnie przewożona do Gąbina a dokładnie do miejscowości Konstantynów gdzie była zlokalizowana radiostacja.
Na miejscu, w bezpośredniej bliskości masztu konstrukcja była scalana (spawana) a następnie malowana w dwu dużych halach- z których jedną widać na przesłanym do Pana zdjęciu. Prawidłowość scalania była kontrolowana pod względem geometrii metodami geodezyjnymi.

Tyle może na początek danych ogólnych. Nie wiem czy nie są one Panu znane –ale podaję je na wszelki wypadek. Dalej może już będę starał się trzymać tok odpowiadania stosownie do Pana pytań.

Może na początek opowie pan jak pan zareagował na informacje ze to pan będzie kierownikiem montażu najwyższego masztu na świecie i jak przebiegały przygotowania
do rozpoczęcia budowy ?



Maszt w Gąbinie nie był moją pierwszą budową tego typu konstrukcji. Wcześniej uczestniczyłem w budowie paru masztów ale o wiele niższych-przeważnie o wysokości 220 m które nie były antenami ale nośnikami anten dla celów telewizji. Wcześniej budowałem wyciągi narciarskie np. na Halę Goryczkową w Tatrach. Tam właśnie, w ekstremalnie
trudnych warunkach terenowych i atmosferycznych gdzie nie można był stosować praktycznie prawie żadnej mechanizacji moi bezpośredni przełożeni - np. inż. Janusz Pieszka- obserwowali jak sobie radze i zdecydowali się powierzyć mi to trudne zadanie o którym mówimy. Otwarcie przyznaję że wyróżnienie to mile połechtało moja ambicje-choć pretendentów do objęcia stanowiska szefa montażu nie było zbyt wielu (odwrotnie do liczby "ojców" jacy się ujawnili po pomyślnym zakończeniu budowy) gdyż zadanie uważane było za trudne i niebezpieczne. Kontrę wstawiała też moja rodzina - choć nie zdawała sobie w pełni sprawy z charakteru przedsięwzięcia i związanego ryzyka. O podjęciu decyzji przeważył przypadek: usłyszałem rozmowę naczelnego firmy-który miał pretensje do mego szefa o powierzenie mi tej sprawy. Wtedy uniesiony ambicją przestałem się wahać i wyraziłem zgodę. Ambicja nie zawsze jest najlepszym doradcą- bo mogło skończyć się różnie. Ale-jak już mówiłem- poza wszystkim przy tego rodzaju przedsięwzięciach trzeba mieć szczęście. Ja je miałem-bo żyje i nikt z powierzonych mi ludzi nie odniósł
żadnych obrażeń a maszt stanął.
Po podjęciu się realizacji włączyłem się w prace przygotowawcze- poczynając od zaprojektowania zaplecza budowy do wzięcia udziału w opracowaniu projektu organizacji
montażu- który był niezwykle istotny. W zasadzie projekt opracowało biuro projektów, ale sporządzili go ludzie, którzy nie mieli dostatecznie wiele do czynienia bezpośrednio z montażem i przeważnie nie robili nic poza pracą na desce. W praktyce cały projekt montażu (poza projektem żurawia pełzającego) opracowałem sam i gdy go przedstawiłem do
akceptacji wybuchła burza bo projektanci poczuli się urażeni w swych ambicjach. Moje szefostwo znów wykazało zaufanie do mnie i zaakceptowało mój projekt trochę
na zasadzie-jak tak chce pić to piwo to niech je pije skoro sam je nawarzył. Muszę być jednak sprawiedliwy-ich akceptacja mojego projektu czyniła ich współodpowiedzialnymi za jego realizacje czego mogliby uniknąć akceptując projekt biura.
Miałem pewną przewagę nad projektantami z biura; w swojej „karierze” okresy pracy na budowie przeplatałem okresami pracy „na desce” co-moim zdaniem- przydałoby
się każdemu młodemu inżynierowi. Z tym, że konkretną robotę trzeba mieć w ręce a nie siedzieć w biurze budowy i wypełniać papierki.

Sama inauguracja budowy czyli wmurowanie kamienia węgielnego miała uroczysty przebieg. Na puste jeszcze pole z resztkami folwarku przybyli liczni przedstawiciele wszystkich zaangażowanych w realizację. Stronie rządowej przewodniczył ówczesny szef Radiokomitetu min.Sokorski. Znany również z tego że był kobieciarzem - toteż wywołał niemałą konsternacje i zamieszanie- kiedy wysiadłszy a rządowej limuzyny wobec licznie zgromadzonego gremium-pierwsze co zrobił to podbiegł do mojej zony-której zresztą nie znał- ucałować ręce.

ciąg dalszy nastąpi ....
Darek Rz
Ekspert
 
Posty: 126
Dołączył(a): 23 gru 2010, 09:34

Re: Rozmowy z inż Szepczyńskim -sierpień 2009

Postprzez Darek Rz » 28 gru 2010, 21:27

Kto dobierał ekipę montażową ?



Dobieraliśmy wspólnie z szefostwem, które postanowiło „wyposażyć” mnie w najlepszych ludzi. Jednym z nich był –nieżyjący już niestety- brygadzista Edward Borkowy.
Był przedwojennym zawodnikiem zapaśniczego klubu „Siła” Mysłowice. Jego siła fizyczna była legendarna- ale jego najmocniejszą stroną była głowa i doświadczenie stanowiące dla mnie nieocenioną pomoc. On „rządził” pod masztem ( ale w najtrudniejszych momentach bywał i na górze)-natomiast montaż wysokościowy prowadził Józef Joniec-góral spod Limanowej - ustępujący tamtemu siłą-ale nie głową. Razem stanowili świetnie uzupełniający się tandem.



Jak rozpoczął się montaż pierwszych elementów masztu ?



Trzy pierwsze elementy zamontował dźwig samojezdny „Grove” 800.Sytuacje po zamontowaniu pierwszych elementów widać na jednym z przesłanych do Pana zdjęć.



Jak działał żuraw pełzający i kto go zaprojektował ?



Wspomniany żuraw „Grove” „powiesił na pierwszych elementach masztu żuraw pełzający .z tym, że był to szkielet żurawia który był wyposażany już wisząc. Zuraw był napędzany za pomocą 3 wciągarek elektrycznych które były zainstalowane na dole w pewnej odległości od masztu ze względów bezpieczeństwa. Żuraw nie miał zamontowanych na swej konstrukcji wciągarek – gdyż były za ciężkie i nie było na górze dość dla nich miejsca.
Jedna wciągarka miała za zadanie unieść element masztu w górę a druga ściągnąć zawiesie z powrotem w dół gdyż ciężar liny podnoszącej na wysokości docelowej masztu był zbliżony do 3 ton .Element po podwieszeniu do zawiesia żurawia był mocowany za pośrednictwem ślizgaczy do lin prowadzących biegnących wzdłuż masztu i unoszonych sukcesywnie wraz z żurawiem. Wciągnięcie elementu trwało przeciętnie ok. godziny (zależnie od wysokości) ale zdarzało się w przypadku nagłego pogorszenia warunków atmosferycznych- że i kilka godzin.
Żuraw-jak może to Pan zauważyć na zdjęciach- wystawał nad poprzednio zamontowany element o wysokość członu+ naddatek na zawiesie i zapas manewrowy. Żuraw na szczycie "świecy" posiadał obrotową głowicę napędzaną silnikiem elektrycznym z wysięgnikiem o długości tak dobranej, aby po wciągnięciu elementu na zewnątrz masztu i dokonaniu obrotu z nim o 180st mógł trafić z elementem dokładnie w miejsce posadowienia.Projektantem źurawia był inż Jasiulek .

Faktycznie żuraw musiał być potężny .Ile ważył jeden element masztu (średnio ?)

Najcięższy element ( nie licząc członu podstawy) ważył- o ile pamiętam ok 7,5 t.W miarę wysokości w związku z malejącą sukcesywnie grubością ścianek rur- ciężar elementu malał- aby zejść do ok. 2,5 t przy szczycie masztu. Sam żuraw miał ok. 21 m wysokości i ważył (o ile mnie pamięć nie myli) ok. 18 t. Nie jest to oczywiście całość sił jakimi obciążał maszt. Trzeba tu doliczyć obciążenie od lin podnoszenia, ściągania , liny manewrowania pełzaniem żurawia, lin prowadzących no i obciążenia od elementu podnoszonego. Razem uzbierałoby się zapewne ok. 40 t -przyłożonych na dodatek mimośrodowo w stosunku do osi masztu.

cdn.....
Darek Rz
Ekspert
 
Posty: 126
Dołączył(a): 23 gru 2010, 09:34

Re: Rozmowy z inż Szepczyńskim -sierpień 2009

Postprzez Darek Rz » 29 gru 2010, 21:07

Proszę powiedzieć co się stało z żurawiem pełzającym po zakończeniu montażu ? To znaczy jak został zdjęty z masztu ? Rozebrany na kawałki czy zdemontowany za pomocą śmigłowca ,ale akurat to trudno mi sobie wyobrazić -to chyba było by bardzo ryzykowne ?

Żuraw "zszedł" sam w dół w odwrotny sposób jak się wspiął. Trwało to chyba ze dwa tygodnie bo schodząc musiał jeszcze demontować kilkadziesiąt ton usztywnień i
elementów montażowych. Na dole został zdjęty żurawiem samojezdnym tak jak został zawieszony.

Były plany wykorzystania go przy budowie masztów o podobnej wysokości w krajach arabskich ale w końcu plany spełzły na niczym i został po paru latach złomowany.
Przy ówczesnym stanie techniki zdjęcie żurawia śmigłowcem było niemożliwe nie tylko ze względu na wagę żurawia ale i na możliwość kontrolowanego zawisu helikoptera
dokładnie nad danym punktem.
Próba montażu anteny na szczycie masztu telewizji w Łagowie Lubuskim o mało nie zakończyła się tragedią-właśnie z tych względów .Uratował nas właściwie przypadek.
Otóż niedaleko stacji w Łagowie był poligon wojskowy i jeden z pocisków został tak niefortunnie wystrzelony z czołgu że zniszczył przygotowaną do montażu konstrukcję anteny. Wojskowych którzy się wkrótce zjawili nie interesowało to czy ktoś z nas nie został ranny czy zabity ale to dlaczego pocisk nie wybuchł(!).
Ale to juz inna historia, która miała zresztą miejsce prawie bezpośrednio po Konstantynowie.

Jak była rozwiązana ochrona odgromowa ludzi pracujących kiedy nagle złapała was burza ? Gdzie sie chowaliście ? Mieliście jakieś schrony na różnych
wysokościach , bo przecież zjeżdżanie trwało kilkadziesiąt minut .


Sama konstrukcja masztu a kabina windy spalinowej Linden - Alimak w szczególności-tworzyły tzw. klatkę Faradaya. Przebywanie wewnątrz obrysu konstrukcji ponoć nie stwarzało niebezpieczeństwa porażenia. Najbardziej narażeni byli ludzie pracujący na ziemi przy zakotwieniach odciągów ale na szczęście nic nikomu nigdy się nie stało. Inna rzecz, że w przypadku zapowiedzi nadchodzenia burzy przez służby meteorologiczne nie montowaliśmy odciągów.

W jednej z naszych rozmów telefonicznych powiedział pan coś takiego ....cyt. wystarczyło się wychylić z krótkofalówką i trzaskały iskry ...... może pan o tym opowiedzieć ?
Iskry te powstają w wyniku napięć jakie rodzą się miedzy chmura a ziemią czy elementem z nią połączonym podobnie jak w kondensatorze. Stosowane wówczas krótkofalówki
miały dość długie anteny i ich wystawienie poza maszt stwarzało punkt skupienia ładunków i b .nieprzyjemne wyładowanie do reki trzymającej krótkofalówkę. Efektu tego doświadczyłem wielokrotnie budując wyciąg na Goryczkową w Tatrach. Tam niekiedy jonizacja powietrza była tak duża, że włosy stawały na głowie .Dosłownie!

cdn...
Darek Rz
Ekspert
 
Posty: 126
Dołączył(a): 23 gru 2010, 09:34

Re: Rozmowy z inż Szepczyńskim -sierpień 2009

Postprzez Darek Rz » 30 gru 2010, 22:14

Jak wyglądało napinanie lin odciągowych i czy w całości były przygotowywane na ziemi ?

Tak, liny były prefabrykowane na ziemi .Najdłuższy odcinek czy raczej wycinek liny miał 130 m długości i był zakończony kielichami dla umożliwienia połączenia z izolatorami, innymi odcinkami lin i urządzeniem kotwiąco - napinającym. Kielichy były zalewane na specjalnym stanowisku po czym sprawdzane przez poddanie naciągowi próbnemu 220 ton przez okres ok. godziny- o ile pamiętam.
Najdłuższy scalony odciąg miał długość 720 m. Technologia montażu lin była mojego autorstwa.
Bardzo niebezpiecznymi momentami było napinanie lin odciagowych- a przypomnę, że było ich 5 pięter odciagów stałych i 15 odciągów montazowych.Wszyscy monterzy byli wówczas zatrudnieni przy urzadzeniach napinających a ja z krótkofalówką ze szczytu masztu pilnowałem aby nie nastąpiły kolizje między odciagami juz istniejacymi a podnoszonymi.Chodziło o zapobiegnięcie uszkodzeniom izolatorów i oporników upływowych a w przypadku niekontrolowanego zwolnienia odciagu- maszt niechybnie by runął.Napinany odciąg musiał być odchylany w bok przy czym maszt chwiał sie i podskakiwał a ja po zjeździe musiałem czasem zmieniać bieliznę.
Maszt chwiał się i podskakiwał bo odchylajac napinane liny celem uniknięcia kolizji o której pisałem-trzeba było je odciągac w bok.Nie dało sie tego zrobić w sposób bez wstrząsów.Na dużej wysokości najwieksze wrażenie robiło "podskakiwanie" masztu w dół i górę.Do dziś nie wiem czy było to skutkiem spręzystości kilkuset metrów konstrukcji masztu czy też przyczyną było nie całkiem idealne przyleganie kołnierzy na stykach członów.Kołnierze działały trochę podobnie jak spręzyny talerzykowe.Ale to tylko moje przypuszczenia..

Nie baliście się wtedy o wytrzymałość konstrukcji masztu ?

Nie tyle obawialiśmy się o wytrzymałość samego masztu co o wytrzymałość izolatora na którym stał.Proszę sobie uprzytomnić że np pod naporem wiatru na konstrukcję, maszt mial tendencję do przesuwania się w poziomie co powodowało "kantowanie się" staetytowch kielichów izolatora (izolatory miały kształt klepsydry).

Proszę opowiedzieć o zdarzeniu które podobno miało miejsce a chodzi o pękniecie liny odciągającej na bok linę główną podczas montażu odciągu kiedy maszt miał
360 metrów wysokości ?(o zdarzeniu tym można przeczytać na stronie pana Jerzego Jędrzejkiewicz " Echo Gąbina" )



Takiego zdarzenia nie było- bo gdyby się zdarzyło nie miałbym okazji odpisywać na Pana pytania jako że w czasie tej operacji (tzn. rozciągania ,podnoszenia i napinania lin) byłem zawsze na górze pilnując aby nie zostały uszkodzone izolatory i chroniące je oporniki bocznikujące których uchronienie przed uszkodzeniem w czasie montażu kosztowało nas masę zdrowia.


Na jakie problemy natrafialiście podczas budowy ?


Problemy stwarzała oczywiście pogoda-czynnik tak ważny przy tego rodzaju pracach. W pierwszej fazie budowy ustawiczne problemy stwarzały przerwy w dostawie prądu.
Proszę sobie wyobrazić przerwę kilkugodzinną w czasie unoszenia elementu-czynności która ze zrozumiałych względów powinna być czasowo skrócona do minimum.
Jeszcze gorsza sytuacja miała miejsce jeśli przerwa zdarzyła się w czasie napinani lin odciągowych. Proszę sobie wyobrazić słabo jeszcze napiętą linę o dużym "holu" uderzającą pod wpływem podmuchów wiatru o niżej położone odciągi z izolatorami i opornikami bocznikującymi. Dużym problemem o którym pamiętam była jakość śrub łączących elementy masztu. W pewnym momencie, kiedy maszt miał już chyba z 300 m zorientowałem się, że z tymi śrubami coś jest nie tak. Po sprawdzeniu okazało się, że mają ok. 1/3 wytrzymałości założonej projektem .Musieliśmy wymienić wszystkie śruby na zmontowanej już części masztu co znakomicie opóźniło postęp prac.

cdn...
Darek Rz
Ekspert
 
Posty: 126
Dołączył(a): 23 gru 2010, 09:34

Re: Rozmowy z inż Szepczyńskim -sierpień 2009

Postprzez Darek Rz » 04 sty 2011, 15:01

Jak i czym było kontrolowane odchylenie masztu od pionu ,w trakcie montażu ?

Pionownikiem optycznym i teodolitami. Dostarczony przez WAT pionownik laserowy nie zdał egzaminu z powodu zbyt dużego rozszczepienia plamki ( na 100 m ok.0,5m!).

Prosze powiedzieć kilka zdań o windzie osobowej Alimak -ile osob sie w niej miesciło ?.

Winda Alimak szwedzkiej firmy Linden miała kabinę w zasadzie dla czterech osób z wejściem przez właz od górnego pomostu-nie było więć zadnych drzwiczek.Na górnym pomoście windy dobudowaliśmy barierkę tak że pomost ten mógł byc również wykorzystywany do pewnych czynności montazowych na maszcie. Czesto stały na nim dwie dodatkowe osoby- tak że za jednym zamachem wjeżdżała lub wyjeżdzała cała ekipa montażowa.Wjazd na szczyt masztu trwal ok.30 minut.

Czy były jeszcze jakieś bardzo niebezpieczne i mrożące krew w żyłach momenty w trakcie budowy .



Oczywiście były. Jednym z nich który mi szczególnie utkwił w pamięci miał miejsce kiedy byłem na maszcie na wysokości ok. 400 m. W pobliżu niedalekiego Sochaczewa
było lotnisko wojskowe. Jeden z pilotów postanowił bliżej przyjrzeć się masztowi. Nie wziął jednak pod uwagę, że maszt nie stoi sam lecz ma liny odciągowe. Z przerażeniem obserwowałem jak rozpaczliwie usiłuje w ostatniej chwili uniknąć kolizji i wyrwać samolot w górę. Przeleciał w odległości kilku metrów od liny.

Innym razem- na usilną prośbę reporterów telewizyjnych którzy koniecznie chcieli sfilmować podnoszenie elementu na maszt, zgodziłem się lekkomyślnie na to mimo ,że nie pozwalał wiatr. W rezultacie element został wyrwany z prowadników i zaczął wyczyniać niebezpieczny taniec wokół masztu. Przeżyliśmy wówczas naprawdę ciężkie chwile.

Inne zdarzenie –na pół humorystyczne- nie miało bezpośredniego związku z montażem.

Otóż pewnego dnia ,Breżniew postanowił złożyć wizytę swoim przyjaciołom w Berlinie. Cała trasa przelotu jego samolotu była ubezpieczana radzieckimi radarami wojskowymi
(widać naszym nie ufali).Pewnego upalnego dnia zajechała na budowę kolumna takich radarowców. Dowodzący nimi oficer pokazując mi wycinek mapy na której był zaznaczony
każdy rów czy kamień - prosił abym mu wskazał gdzie jest. Faktem jest że trudno było się zgubić na szosie Warszawa -Sochaczew-Płock no ale…Prosił czy nie pozwoliłbym mu umyć się. Wskazałem prysznic. Po pewnym czasie wszedłem do pomieszczenia aby sprawdzić czy ma ciepła wodę .Goły oficer w panice rzucił się w kierunku kupki swej odzieży z leżącym na niej pistoletem, który wycelował we mnie będąc przekonany że chcę na niego napaść- jak to Polaczki mają w zwyczaju. Później przyznał ,że moment a byłby strzelił. W ten sposób o mało co a stałbym się ofiarą przyjaźni polsko-radzieckiej.

cdn ...
Darek Rz
Ekspert
 
Posty: 126
Dołączył(a): 23 gru 2010, 09:34

Re: Rozmowy z inż Szepczyńskim -sierpień 2009

Postprzez Darek Rz » 10 sty 2011, 22:20

W jednym z wywiadów z Janem Polakiem przeczytałem iż kiedy maszt miał 510m musieliście przerwać montaż z powodu niskiej temperatury jaka panowała na tej wysokości -czy to był jedyny powód ?

To nie temperatura spowodowała przerwanie montażu na wysokości 510m ale jesienne wiatry i krótki dzień.Ponadto stwierdziłem ze śruby łączące elementy masztu zostały tak fatalnie poddane obróbce galwanicznej że zniknęła część gwintu i ich wytrzymałość spadła do 1/3!Oczywiście, w takiej sytuacji-która groziła katastrofą nie mogliśmy kontynuować montażu ale wzięliśmy się za wymianę wszystkich śrub na maszcie!To zajęło nam sporo czasu i gdyby nie ten problem (wystąpiły tez pewne problemy z dostawą elementów) zdążylibyśmy ukończyć montaż do pełnej wysokości przed jesiennymi wiatrami .

Co sądzi pan o filmach znanych nam z youtube opowiadających o maszcie i jego katastrofie ?

Niektóre już znałem ale ten mi dotychczas nieznany nasunął szereg wątpliwości.Profesor z Politechniki Warszawskiej rysował jak były zamocowane liny montażowe.Otóż o ile pamiętam, na moim filmiku robionym tuz przed katastrofą liny te były umiejscowione całkiem inaczej:jedna nad odciągiem stałym a druga pod.Potwierdzałby to następująca konstatacja: inz Grzelak mówił, że maszt w pewnym momencie wyglądał jak "narta"i że po jego interwencji został wyprostowany.Otóż gdyby liny były zamocowane tak jak pokazywał profesor masztu nie dałoby się wyprostować .Nie chcę tu wchodzić w szczegółowe rozważania ale jestem w stanie udowodnić że zarówno napinanie lin pomocniczych jak i ich poluzowywanie prowadzi do skrzywienia masztu-tyle że od innego miejsca.Profesor mówił że jedna z lin pomocniczych "wysunęła się z zacisków".Dosyć to zabawne stwierdzenie jeśli pozostawia się je bez dalszych wniosków-bo przy tej ilości ścisków (9) i prawidłowym wykonaniu złącza nie ma możliwości "wysunięcia się".Jest to złącze stosowane chyba od stu lat i przy prawidłowym wykonaniu daje 100% pewności.Jeśli złącze było wykonane wadliwie -np. niedokręcone śruby zacisków lub zbyt duży ich rozmiar w stosunku do średnicy liny to należało to stwierdzić a nie przejść nad tym do porządku dziennego.Być może,jako że odpowiedzialność za te ewentualne błędy obciąża bezpośrednio brygadzistę-i takie stwierdzenia dla prokuratora prowadziły by wprost do jego odpowiedzialności karnej to takie stwierdzenia nie padły ale w końcu nie za wszystko można winić Pana Boga.Oprócz tego, trudno sobie wyobrazić aby proces "wysuwania się z zacisków" przebiegał równie gwałtownie jak np. zerwanie się liny i stawiam tezę że to nie wysunięcie się liny spowodowało bezpośrednio katastrofę masztu ale obciążenie go olbrzymim momentem zginającym przez niewłaściwe umiejscowienie lin montażowych spowodowało jego złamanie.

Gdyby liny zamocowano w wzmocnionym węźle ( tak jak myśmy robili )-tam gdzie mocowane są odciągi stałe to wysunięcie się liny stwierdzam z dużą dozą prawdopodobieństwa że nie spowodowało by katastrofy.Tu "wysunięcie się" jednej z lin było przypuszczalnie tylko dodatkowym impulsem.Wyrwanie jakiejś "trawersy" -tak jak powiedział inż. Grzelak-nie wiadomo czy było przyczyną czy skutkiem.W mojej opinii skutkiem.Dzisiaj nie ma to już większego znaczenia.

cdn....
Darek Rz
Ekspert
 
Posty: 126
Dołączył(a): 23 gru 2010, 09:34

Re: Rozmowy z inż Szepczyńskim -sierpień 2009

Postprzez Darek Rz » 13 sty 2011, 22:57

W jednej z naszych ostatnich rozmów z inż Szepczyńskim(STYCZEŃ 2011) zapytałem o montaż odciągów głównych . Interesowało mnie jak ta operacja przebiegała ,za pomocą jakich urządzeń wciągano liny główne na maszt , i jak wyglądało podpinanie lin do fundamentu . Jak zwykle dostałem wszystko co chciałem .........a nawet więcej ,gdyż kolejna porcja unikalnych zdjęć zaskoczyła mnie kompletnie , a zwłaszcza świetne zdjęcie wysięgnika obrotowego / przystawki do żurawia pełzającego o której pisze pan inż opisując operacje montażu odciągów .

Oto odpowiedź :


Widzę, że analizuje Pan wnikliwie sprawy związane z montażem masztu.Do najtrudniejszych, najbardziej skomplikowanych i niebezpiecznych należał niewatpliwie montaż stałych (5 pięterx3) i montaż i demontaż odciągów montażowych (15 montaży i tyleż demontaży x 3 kierunki).
Podniesienie do uchwytu na maszcie jednego odciągu wymagało ok.5ton udźwigu.Żuraw pełzający posiadał wystarczający udźwig (8t) ale za mały wysięg aby sięgnąć do przeciwległego krawężnika masztu gdzie był mocowany odciąg na tym kierunku..
Żuraw posiadał wysięg ok 2m pozwalający mu sięgnąć do środka ciężkości przekroju masztu-co wystarczało przy montażu członów masztu-podczas gdy do zamontowania w/w odciągu potrzeba było ok 5 m wysięgu.Nie można było zwiększyć wysięgu żurawia bo powstawałby zbyt duzy moment gnący maszt.Aby rozwiązać ten problem stosowano tzw wysięgnik obrotowy.(zał.zdjęcie).Wysięgnik ten nie posiadał własnej wciągarki ale był "przystawką" do żurawia pełzającego wykorzystując jego układ podnoszenia prze układ krążków kierujących jego linę podnoszenia..
Był każdorazowo montowany na szczycie masztu w miejscu gdzie przewidziane było kolejne piętro odciągów.
Podniesiony odciąg po zamocowaniu do masztu wisiał częściowo wzdłuż niego a reszta była ułożona na ziemi na specjalnych podkładkach..Jak już wspominałem, odciąg stały i montażowy były składane z odcinków 130 m długości.Oczywiście odciąg miał faktyczną długość nie stanowiąco wielokrotności 130 m ale pozostawała jeszcze pewna końcówka, która była wykonywana wynikowo.po napięciu odciągu.
Początkowo założono koncepcję że odciągi będą napinane przy pomocy ciężkich ciągników gąsienicowych.Sprzeciwiłem się temu gdyż pracę ciągników nie tylko trudno zsynchronizować na 3 kierunkach, ale też ich praca musi powodować zrywy,szarpnięcia i wstrząsy niebezpieczne dla samego masztu.Zaproponowałem koncepcję którą ilustrują załączone szkice.
W "Fazie I" przedstawiłem sytuację kiedy odciąg został zamocowany do masztu.
Obrazek

Do jego końca ułożonego na ziemi dołączano zespół zbloczy (po żeglarsku:"talia") o udźwigu 100t.Zespół był wstępnie "rozciągnięty" na odległość ok. 30 m pomiędzy zbloczami.Hak jednego zblocza był zamocowany do "łącznika rozwidlonego" (patrz zdjęcie) a hak drugiego zblokowany ściskami z liną zbiegającą z tego zblocza i idącą do wciągarki Q=10 t umiejscowionej za ostatnim fundamentem.W ten sposób
"talia" zbloczy stanowiła element układu ciągnącego odciąg w fazie początkowej kiedy siła potrzebna do napinania odciągu nie przekraczała udźwigu wciągarki.Wymagało to odpowiedniego dobrania długości "talii" (w praktyce było to-o ile pamiętam-ok 30m)- tak aby w końcówce tej fazy umożliwić sprzęgnięcie haka zblocza z uchwytem na fundamencie.Sytuację tą przedstawia szkic "Faza II"


Obrazek

.Również dobrze ilustruje tą sytuację załączone zdjęcie.
Po zamocowaniu haka zblocza do uchwytu na fundamencie następowało rozsprzęglenie liny wciągarki z hakiem tego zblocza.
Teraz dalsza praca liną wciągarki powodowała zbliżanie obu zbloczy do siebie i napinanie odciągu przy pomocy tego układu aż do siły założonej projektem (pomiar dynamometrem)-.Wówczas- do wolnego ucha "łącznika rozwidlonego" (patrz zdjęcie)dołączano końcówkę której długość określano pomiarem wynikowym.("Faza III")

Obrazek

Dla odciągów stałych był to odcinek wykonywany indywidualnie a dla montażowych mieliśmy przygotowany zestaw końcówek o długości;1, 2, 3,5 i 10 m-umożliwiający spięcie z jarzmem śrub napinających zamocowanym do fundamentu.Dokładny wymiar i napięcie realizowano przy pomocy tychże śrub wspomaganych siłownikami hydraulicznymi z kontrolą dynamometrami i geodezyjnie.
Oczywiście proces napinania lin odciągowych musiał być prowadzony równocześnie w trzech kierunkach z ciągłą kontrolą zachowania się masztu.Dodatkowym utrudnieniem była konieczność zapobiegania kolizjom z izolatorami uprzednio zamontowanych odciągów - o czym pisałem.
Odciągi montażowe były mocowane po zamontowaniu każdych czterech kolejnych członów masztu tak aby długość "wspornika" masztu nie wynosiła więcej niż 30 m ponad uprzednio zamontowane piętro odciągów ze względu na moment zginający jaki dawał żuraw..Proces przebiegał w ten sposób, że po osiągnięciu określonej wyżej wysokości przez maszt demontowaliśmy przedostatnie piętro odciągów montażowych przenosząc je w dane miejsce.Jak z tego wynika równocześnie zamontowane były od jednego do dwu pieter odciągów montażowych.Nigdy mniej-nigdy więcej.
Jak z powyższego wynika proces napinania lin odciągowych nie był czynnością prostą - o czym przekonano się boleśnie w 1991.Nikt wówczas nie pofatygował się aby zapytać o nasze doświadczenia.
Mam nadzieję, że nieco przybliżyłem Panu temat.W przypadku jakichś niejasności czy wątpliwości-proszę pytać.


Znalazłem jeszcze moje- niezbyt udane- zdjęcie z masztu- zrobione właśnie w czasie operacji naciągania lin o której pisałem.Pamiętam ,że wtedy wiatr porwał mi hełm-stąd stoję z gołą głową- dając zły przykład monterom.Zwykłe hełmy monterskie nie bardzo nadawały się do pracy w tych warunkach a stosowane motocyklowe "kokilki" utrudniały porozumiewanie się.Musiałem bardzo uważać aby w czasie dużej jonizacji powietrza nie wystawić anteny krótkofalówki poza obrys masztu bo groziło to jej zniszczeniem-niezależnie od "kopa" jaki dostawałem w rękę .Iskry skakały czasem o długości kilkudziesięciu centymetrów.

Obrazek
Uwaga -zdjęcie zamieszczam za zgodą inż Szepczyńskiego .Pochodzi ono z prywatnych zbiorów i kopiowanie oraz zamieszczanie na innych stronach jest zabronione !

cdn...
Darek Rz
Ekspert
 
Posty: 126
Dołączył(a): 23 gru 2010, 09:34

Re: Rozmowy z inż Szepczyńskim -sierpień 2009

Postprzez Darek Rz » 17 sty 2011, 22:47

W którym miejscu było doprowadzenie sygnału w.cz. do masztu ? Czy u podstawy , czy w połowie wysokości ?

Linia fiderowa biegła wiązką napowietrznych przewodów do domku obok masztu a stamtąd wychodziła kablem wewnątrz rury utrzymującej dystans od masztu izolatorami.Wejście widoczne jest na którymś ze zdjęć w postaci charakterystycznej fajki.Rura biegła wewnątrz masztu do jego połowy gdzie była połączona z nim metalicznie- napięcie względem ziemi wynosiło w tym miejscu zero.O potędze zainstalowanej mocy mogliśmy się przekonać już po wstępnym uruchomieniu masztu z napięciem.Uprzednio robiliśmy na maszcie jeszcze jakieś poprawki i spawacz zostawił zwisający wzdłuż masztu kabel.Po włączeniu napięcia został on błyskawicznie stopiony i spadał na ziemię w postaci dużych kropel.


cdn...
Darek Rz
Ekspert
 
Posty: 126
Dołączył(a): 23 gru 2010, 09:34

Re: Rozmowy z inż Szepczyńskim -sierpień 2009

Postprzez Darek Rz » 25 maja 2011, 10:12

Panie inżynierze na niektórych rysunkach masztu i odciągów widać wyraźnie że ilość izolatorów na odciągach tego samego pietra jest różna -czy może pan odpowiedzieć dlaczego tak było jeśli sam fakt rzeczywiście miał miejsce ?


Panie Dariuszu!
Jestem na 100% pewien że w chwili zakończenia montażu masztu ilości izolatorów na odciągach tego samego pietra były takie same.Co się działo potem i czy coś zmieniano-nie wiem.Ilości izolatorów na odciągach poszczególnych pieter były różne w zależności od napięcia jakie panowało w tym miejscu na maszcie.Największe zestawy -po 4 w jednym były tuż przy maszcie na najwyższym i najniższym pietrze.Dalej -wzdłuż odciągów zestawy izolatorów malały aż do jednego izolatora-położonego najbliżej fundamentu-zgodnie ze spadkiem potencjału pola jakie wytwarzał maszt.

cdn...
Darek Rz
Ekspert
 
Posty: 126
Dołączył(a): 23 gru 2010, 09:34

Re: Rozmowy z inż Szepczyńskim -sierpień 2009

Postprzez Darek Rz » 30 mar 2012, 18:53

Proszę powiedzieć kilka słów na temat masztu radiolinii -kto go montował ,czym i w jaki sposób.

Rozumiem że chodzi o maszt radiolinii który stoi bezpośrednio przy budynku RCN w Konstantynowie.Maszt ten miał chyba ok 100 m wysokości i był stawiany przez ekipę Mostostalu w dwu odcinkach.Przyjechał wtedy - z dużymi problemami ze względu na gabaryty - największy wówczas w Polsce dźwig COLES który był w stanie podołać zadaniu i sprawę załatwił.

Jaki to był rodzaj żurawia ?

To był żuraw samojezdny (typu samochodowego) ale w czasie transportu jechała za nim cała kolumna samochodów wiozących elementy wieży, wysięgnika, przeciwwagi itp.Na miejscu był składany innym lekkim żurawiem.Nie był to żuraw "hydrauliczny" -era takich żurawi dopiero się rozpoczynała ale i dziś- o ile się orientuje żurawie o wysokości podnoszenia rzędu 100 m (a taką posiadał COLES) nie są hydrauliczne.Mostostal posiadał wówczas park najcięższych żurawi w Polsce i był ich autoryzowanym serwisantem.
Darek Rz
Ekspert
 
Posty: 126
Dołączył(a): 23 gru 2010, 09:34

Następna strona

Powrót do Budowa masztu w Konstantynowie - inż. Andrzej Szepczyński opowiada

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości

cron